Nie zaczyna dnia od kawy. Najpierw są zwierzęta, gospodarstwo... codzienne obowiązki, których na wsi nigdy nie brakuje. Ale kiedy nastaje wieczór i w obejściu robi się cicho, Piotr Godlewski idzie do warsztatu. Tam realizuje swoją wielką pasję - tworzy ligawki.
Ligawka to tradycyjny drewniany instrument pasterski, znany na wsiach od pokoleń. Dawniej służył nie tylko do grania, ale też do porozumiewania się na odległość. Jej niski, donośny dźwięk niósł się przez pola i lasy nawet na kilka kilometrów. Dziś dla wielu jest już tylko ciekawostką, ale dla pana Piotra stała się prawdziwą pasją i sposobem na ocalenie czegoś bardzo ważnego.
Piotr Godlewski jest sołtysem wsi Janczewo-Sukmanki (gm. Szulborze Wielkie), radnym gminy, rolnikiem, stolarzem i murarzem. Na co dzień wraz z żoną prowadzi gospodarstwo rolne. Przed laty wykonywał też dachy i różne roboty budowlane. Dziś zdrowie nie pozwala już na tyle, co kiedyś. Mimo to nie zwalnia tempa. Po prostu część energii przeniósł do warsztatu.
- Po wieczornym obrządku idę sobie do warsztatu i robię ligawki. Bo od telewizji to człowiekowi tylko głowa puchnie - śmieje się.
Wszystko zaczęło się w 2017 roku. Przypadkiem trafił w internecie na informację o konkursie ligawkowym w Ciechanowcu na Podlasiu. Pojechał, zobaczył, posłuchał i wrócił z myślą, że chce spróbować sam. Początkowo wydawało mu się, że to tylko zwykły kawałek drewna. Szybko okazało się jednak, że za tym instrumentem stoi znacznie więcej. Trzeba było nauczyć się nie tylko samego wykonania, ale i gry.
Jeździł do ludzi, którzy potrafili robić ligawki i na nich grać, podpatrywał, słuchał, próbował. Z czasem zaczął dochodzić do własnych rozwiązań. Jeździ na konkursy i przeglądy, między innymi do Ciechanowca, Siedlec, Sokołowa, Łochowa, Bogut czy Andrzejewa. I choć na takich wydarzeniach można zdobyć nagrody, dla pana Piotra ważniejsze jest coś innego.
- Nagrody nie są aż takie ważne. Ważniejsze są spotkania z innymi twórcami - podkreśla.
Ligawka dla pana Piotra nie jest tylko instrumentem. To także opowieść o rodzinie i rzemiośle, które było w jego domu od pokoleń. Wspomina, że wszyscy mężczyźni w rodzinie pracowali w drewnie. Do dziś ma ręczne narzędzia po przodkach. Są zadbane, naostrzone i zakonserwowane. Nie traktuje ich jak staroci, tylko jak coś, co wciąż ma wartość i zasługuje na szacunek.
Sam proces tworzenia ligawki określa mianem magii, która zaczyna się w... lesie. Pan Piotr nie patrzy wtedy pod nogi, tylko na gałęzie. Wybiera je późną jesienią albo zimą, ścina, przywozi i pozostawia do schnięcia na wiele miesięcy w odpowiednich warunkach. Dopiero później zaczyna się właściwa praca: nadawanie kształtu, rozcinanie, wydrążanie, czyszczenie, klejenie, strojenie. Jedna ligawka wymaga wielu godzin pracy, cały proces trwa nawet siedem lub osiem miesięcy.
Najważniejsza jest cierpliwość.
- Jak coś nie wychodzi, to się tego nie rzuca. Odkłada się, wraca za dzień czy dwa i dalej się robi, ze spokojną głową - zaznacza twórca.
Dziś wiele rzeczy przychodzi mu łatwiej niż na początku, ale dobrze pamięta, że na starcie najtrudniejsze było precyzyjne wydrążenie środka instrumentu. Teraz ma lepsze narzędzia i większą wprawę, więc to nie stanowi problemu.
Znaczenie ma także samo drewno. Ligawki wykonywane są z różnych gatunków, między innymi z jałowca, jaworu, jesionu czy sosny.
- Dźwięki mogą być podobne, ale barwa już się zmienia. Każdy materiał daje trochę inne brzmienie - tłumaczy pan Piotr.
Każdy instrument jest też inny z natury, bo wszystko zależy od tego, jak rosła gałąź. Dlatego nie ma dwóch identycznych egzemplarzy.
Pan Piotr nie tylko robi ligawki, ale także na nich gra. Tłumaczy, że nie jest to proste. Trzeba odpowiednio operować ciśnieniem i wargami, a sam dźwięk odpowiednio modelować. Ważna jest długość instrumentu, średnica otworu i właściwe strojenie. To właśnie od tych szczegółów zależy, jak ligawka zabrzmi.
W jego opowieści bardzo mocno wybrzmiewa też dawny sens tego instrumentu. Ligawka nie była kiedyś tylko muzyczną ciekawostką. Służyła jako narzędzie komunikacji. Jej dźwięk niósł się na wiele kilometrów. Pan Piotr mówi, że przy odpowiednich warunkach pogodowych jego granie słychać nawet do 10 kilometrów. Właśnie dlatego ligawki były kiedyś czymś w rodzaju pierwszych komunikatorów, wykorzystywanych przez pasterzy i mieszkańców wsi.
- To były takie pierwsze komunikatory, zanim pojawiły się telefony komórkowe - opowiada ze śmiechem.
Starsi jeszcze wiedzą, czym jest ligawka, ale młodsi często mówią po prostu, że to trąba. Pan Piotr nie ukrywa, że brakuje mu następców. Chciałby przekazać swoją wiedzę, ale nie ma komu. Próbował zachęcać młodzież, pojawiła się nawet jedna uczennica, lecz na dłużej nikt się nie zatrzymał.
- Chcę się jeszcze tym podzielić. Marzę, żeby ktoś to przejął - mówi.
Twórca nie traci nadziei. Zależy mu, by ktoś nie tylko przejął tę umiejętność, ale też zwyczajnie się nią cieszył. Bo ligawka to nie tylko drewno i dźwięk. To także skupienie, pamięć o dawnych zwyczajach i szacunek do pracy rąk.
Każdy wykonany przez niego instrument ma swój numer, datę i oznaczenie twórcy. Umieszczony jest też na nim herb rodzinny. Pan Piotr prowadzi katalog, a jego ligawki trafiły już do wielu miast w Polsce. Jedna pojechała nawet do Stanów Zjednoczonych. Jak mówi, dobrze wykonany instrument może przetrwać 100, a nawet 200 lat i nadal grać. Wystarczy go odpowiednio przechowywać.
Dla Piotra Godlewskiego tworzenie ligawek to sposób na odpoczynek od codzienności, na wyciszenie i zachowanie cząstki dawnego świata.
- Póki dam radę, to będę to robił - mówi z przekonaniem.
Angelika Litwa

💬 Komentarze (0)